Każdy lekarz ma swój cmentarz

23 grudnia 2018, Ochrona zdrowia oraz Ratownictwo, 10 komentarzy

To nie jest dobry tytuł. Sugeruje, że wpis będzie o błędach lekarzy, które bardziej lub mniej bezpośrednio przyczyniły się do odejścia z tego świata człowieka. Do śmierci pacjenta. Do stracenia przez kogoś matki, ojca, brata lub siostry, babci. Może dziecka. To nie jest wpis dla medyków ale możesz i Ty przeczytać, może przekażesz go dalej.

Po pierwsze, będzie nie tylko o lekarzach. Będzie o medykach. O różnych przedstawicielach personelu medycznego, w szczególności o tych, którzy mają bezpośredni kontakt z ludźmi chorymi, zwłaszcza w ciężkiej kondycji zdrowotnej.

Po drugie, nie będzie o błędach. O nich trzeba mówić, ale nie dzisiaj. One były, są i zawsze jakieś będą. Trzeba błędy minimalizować, wręcz walczyć o ich eliminację. Mieć jednak przy okazji świadomość, że gdyby nie miliony błędów przez całe stulecia, to nie mielibyśmy teraz tego wszystkiego wokół, co mamy.

Dzisiaj będzie o śmierci. Jeśli jesteś wrażliwy na tym punkcie, skończ czytać teraz.

Będzie o śmierci oraz o pamięci. Czyż nie przypomniałeś sobie teraz lub w ostatnich tygodniach o czyjejś śmierci? Nie wierzę, że było inaczej.

Za kilka dni będziemy przeżywać teoretycznie okres wyjątkowy – Święta Bożego Narodzenia. Zasiądziemy z rodziną do stołu, będziemy się uśmiechać, rozmawiać, smakować przepysznych potraw. Nie wszystkim to jednak będzie dane. Mieliśmy kilka tygodni temu ten szczególny czas kiedy każdy Polak, w tym Ty, odwiedził przynajmniej jeden cmentarz. W zależności od wielkości rodziny, zwłaszcza jej członków już zmarłych, może i pięć cmentarzy, rozsianych po różnych miastach Polski. Taka jest u nas tradycja i ten moment w roku, że każdy cmentarz po zmroku rozświetla nie kilkanaście a tysiące zniczy.

Magia, widok zapierający dech w piersiach.

I dobrze, że jest ten jeden dzień. Tych kilka dni „świątecznych”. Dobrze, że prosty człowiek może na chwilę wyskoczyć z wyścigu szczurów i pochylić się.

Nad życiem i śmiercią. Kawałem marmuru lub usypanym z ziemi kopcem. Wieńcem kupionym na stoisku 21 metrów przed cmentarzem.

Nad przeszłością. Godzinami spędzonymi w szpitalu z bliskim sercu człowiekiem. Świadomością odchodzenia. Widokiem człowieka zanikającego z tygodnia na tydzień albo znikającego niczym błyskawica po rozświetleniu nieba.

Nad ciągłym, przeszywającym umysł piskiem urządzenia monitorującego funkcje życiowe, które nie ma już co rejestrować…

Pamiętasz? Pamiętasz na pewno. Każdy z nas, stosunkowo normalnych, odczuwających ludzi, mających w sobie podstawowe emocje, pamięta.

Śmierć jest normalna. Jest naturalna. Jest nieodłącznym elementem życia. Śmierć nie musi boleć w XXI wieku. Pacjenta. Rodzinę będzie boleć zawsze. I nawet jeśli jest pogodzona z odchodzeniem, przez trwającą miesiące lub lata chorobę, zaboli. Zostanie pustka, brak jednego z tych elementów życia, bez których nie wyobrażali sobie egzystencji. Pamiętasz to?

Ja tak. Pamiętam. Więcej niż Ty. I nie tylko 1 listopada każdego roku, nie tylko przy stole wigilijnym, lecz przez wszystkie miesiące. Rok w rok.

1.

Nigdy nie zapomnę 50-letniego mężczyzny przyjętego do szpitala, w którym rozpoczynałem pracę. Na wejściu nikt nie dawał mu szans na przeżycie, choćby najbliższego jednego kwartału. Ogromne zmiany w organizmie spowodowane chorobą naczyń krwionośnych, kilka przebytych dużych operacji na jamie brzusznej. Stopniowo amputowane kolejne części nóg aż do ostatniej możliwej – biodra.

Pamiętam jak dziś wyniszczonego chorobą człowieka, nie mogącego samodzielnie usiedzieć na wózku inwalidzkim, nie mającego już sił do walki. Nie mającego ani szans na przeżycie ani żadnych, dosłownie żadnych perspektyw. Zero nadziei.

I pamiętam jego rozpromienienie na twarzy za każdym razem, gdy przychodziła do niego w odwiedziny rodzina. Troskliwa, opiekuńcza, lepszej nie można by dla niego wymarzyć.

Odszedłem z tamtej pracy po niespełna roku. On odszedł chwilę przede mną.

2.

Nigdy nie zapomnę młodego, około 30-letniego mężczyzny, wracającego z imprezy firmowej do domu. Jako dobry kumpel postanowił najpierw odstawić pod drzwi mieszkania swojego znajomego, gdyż ten auta prowadzić nie był w stanie. Pasażer siedzący obok kierowcy spał, przebywał w objęciach Morfeusza. Upojony alkoholem i nieświadomy tego, co zaraz się wydarzy.

Okrutny los sprawił, że kierowca ciężarówki nadjeżdżającej z naprzeciwka spał również. Zasnął na krótką chwilę, może kilka sekund. Był przemęczony? Jedyny nieśpiący, trzeźwy i świadomy człowiek w tej historii, pewnie dobry kumpel i przyjaciel, stracił przytomność na zawsze. Mówiąc kolokwialnie „nie było co zbierać”. Nie było ratunku dla kierowcy samochodu, wbitego w uderzeniu czołowym pod ciężarówkę. Dwóch z trzech mężczyzn biorących udział w tragicznym wypadku dotarło do domów, także sprawca – kierowca ciężarówki, który zasnął za kierownicą. Trzeci dotarł do końca swoich dni. Za wcześnie.

To był jeden z moich pierwszych dyżurów w zespole ratownictwa medycznego i pierwszy zgon w wyniku wypadku.

3.

Nigdy nie zapomnę mężczyzny w średnim wieku, pewnie po 50-tce. Czas praktyk, dawno temu, byłem czwartym w zespole. Zgłoszenie do pacjenta nieprzytomnego. Na miejscu rzeczywiście chory nieprzytomny, nagłe zatrzymanie krążenia. Natychmiast podjęta reanimacja, w trudnych warunkach domowych, zero wolnej przestrzeni na potrzebne czynności medyczne. Ze względu na niedużą odległość od szpitala, powracające co chwilę tętno i możliwe przyczyny zatrzymania akcji serca pada decyzja o przeniesieniu do karetki. W trakcie szalonej jazdy na sygnałach ponownie podjęta reanimacja.

Karetka pędzi, bezcenne dla życia minuty również. Izba przyjęć, reanimacja trwa dalej. W końcu przychodzi lekarz i patrząc w dokumentację pacjenta mówi: „znam tego pacjenta, to nasz stały bywalec, on nie rokuje, kończymy”.

Kończymy to, co izba przyjęć nawet nie zaczęła, a ja będę pamiętał do końca swoich dni. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem.

To była pierwsza reanimacja, w której brałem udział.

*******

Nigdy nie zapomnę…wielu. Nigdy nie zapomnę dziesiątek dotychczasowych pacjentów, może niewielu, z pewnie tysięcy, którym przyszło mi udzielać pomocy. O wielu z tych ludzi przypominam sobie sporadycznie. Część z nich powraca impulsami elektrycznymi mojego mózgu nierzadko, żeby nie napisać, często. Śmierć dziesiątek ludzi jest w głowie każdego medyka. Każdego ratownika medycznego, każdej pielęgniarki i lekarza.

Bo każdy z nas ma swój cmentarz. Każdy z nas ma przynajmniej kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu pacjentów, którym chciał pomóc za wszelką cenę. Wszelkimi możliwymi znanymi medycynie sposobami. Najwyższym sprężeniem mięśni, pracy mózgu, uderzeniami adrenaliny, trzeźwego myślenia. Wyostrzeniem wszelkich zmysłów, potem zalewającym plecy i to, co poniżej.

Pamiętamy o Was, Szanowni Pacjenci. Pamiętamy nie tylko 1 listopada i nie tylko w święta.

Wpis ten dedykuję wszystkim Medykom, którzy potrafią wciąż i na każdym dyżurze, pomimo upływu lat pracy, w „zwykłym” pacjencie dostrzegać człowieka.

Wpis po raz pierwszy ukazał się na blogu 22 grudnia 2014 roku.

zdjęcie: Kerem Yucel



Wyświetlenia: 10 928

Podoba Ci się na Ratowniczym? Zapisz się!

Wyślę Ci bezpłatne zestawienie ponad 200 skrótów wykorzystywanych w ratownictwie i medycynie, które otrzymasz po kilku minutach. Dodatkowo dzięki rejestracji otrzymasz dostęp do zamkniętej grupy na FB dla pasjonatów ratownictwa a dwa razy w miesiącu informację o nowych wpisach na blogu. Zero spamu, Twojego adresu nie udostępnię nikomu!





To nie koniec! Przeczytaj najnowsze wpisy: