Jolka na Dzień Kobiet dostała więcej niż na co dzień

8 marca 2015, Ochrona zdrowia oraz Sytuacje, 2 komentarze

31-letnia Jolka nigdy nie wybijała się z tłumu. Już w szkole podstawowej raczej pozostawała na uboczu – ani nie należała do grona najładniejszych dziewczynek w klasie, ani do najbardziej przebojowych. Ocenami plasowała się w dalszej połowie, poniżej średniej. Była jednak sumienna, nikomu nie wyrządzała krzywdy. I miała marzenia, jak każda mała dziewczynka.

Okres dorastania i dalszej edukacji przeszła bez większych przebojów, kończąc szkołę odzieżową z całkiem niezłymi notami i brakiem chłopaka. Nie winiła za ten stan rzeczy ich ogólnej liczby siedmiu na całą szkołę, lecz przypisywała sobie samej. Poczucie winy miała zakorzenione w psychice niczym dąb, głęboko wbity pod kolejne warstwy ziemi. Od najmłodszych lat miejsce motywacji ze strony rodziców zajmowały nieustanne pretensje, kwitowanie małych sukcesów tekstami „mogłaś postarać się bardziej”. Także słuchanie wyzwisk dla Jolki nie było niczym obcym.

Małe marzenia

O prawdziwym obliczu dziewczyny, o jej historii, młodzieńczych rozterkach nie wiedział w pełni nikt. Przez całe swoje życie z nikim na ten temat nie miała odwagi porozmawiać. Nawet w pracy, stojąc dzień w dzień długimi godzinami przy taśmie produkcyjnej, nie zawiązała z żadną osobą bliższej relacji. Marzyła jednak dalej. Codziennie rano, otwierając oczy i widząc coraz bardziej rozrastający się na suficie grzyb; marzyła zasypiając, otulona stęchlizną kamienicznego mieszkania.

Jak większość małych i dużych dziewczynek Jolka chciała wieść spokojne życie, w poczuciu bezpieczeństwa, stabilnych warunkach, mając komu powierzyć swoje skrywane głęboko emocje i uczucia. Chciała mieć kiedyś dzieci, dać im to, co jej nie było dane posiadać w dzieciństwie. Może czasem wyskoczyć na wakacje całą przyszłą rodziną do Świnoujścia. Słyszała od znajomych w pracy, że jest tam w lecie piękne.

Marek wywrócił życie Jolki do góry nogami. Zagaił do niej w sklepie, używając sprawdzonego na wielu kobietach wcześniej prostego, by nie rzec prymitywnego tekstu. Dla niego dzień jak co dzień, dla niej dzień gwiazdki z nieba. On uśmiechnięty, pewny siebie i zapewniający o swym oddaniu i uczuciach, ona euforycznie pływająca w obłokach, wizualizująca sobie wspólną przyszłość i dalsze plany na życie. Po 3 miesiącach znajomości poinformowali rodziny o zaręczynach i niedługim terminie ślubu cywilnego.

Matka Jolki, choć przez większość życia niespecjalnie zainteresowana losem córki, postanowiła ten jeden raz stanąć na wysokości zadania. Miała przeczucie, wiedziała, że Marek nie jest dobrym materiałem na męża jej córki. Nie wiadomo, skąd wiedziała, ale wiedziała. Do Joli nie przemawiały jednak żadne argumenty, żadne słowa, wrzaski, groźby. Za Marka oddałaby wszystko. Oddałaby swe życie.

Pierwszy rok po zamążpójściu zleciał w mgnieniu oka. Były wzloty i upadki, były chwile ociekające pięknem zakochania i większe lub mniejsze sprzeczki – jak to między dwojgiem ludzi bywa. W gorszych okresach Jolka powtarzała sobie, że kiedyś życie będzie spokojniejsze, będą mieli mniej powodów do nerwów. Nie mieli. Kiedy Marek po raz kolejny w swoim życiu stracił pracę, w jej życiu rozpoczął się pierwszy i najgorszy z możliwych do wyobrażenia koszmar.

Twarda ręka

Marek potrafił bić. Pierwszy raz uderzył ją po niespełna dwóch latach małżeństwa. Fakt faktem, wrócił lekko podchmielony do domu a i ona nie tryskała energią na jego widok. On chciał jeszcze na trzy minuty przed zaśnięciem zaspokoić swoje zwierzęce potrzeby. Ona miała na wieczór inny plan.

Finalnie piekący i lekko nabrzęknięty lewy policzek oraz wodospady łez zalewających ceratę na kuchennym stole nie pozwoliły jej usnąć. I tak przez trzy kolejne noce.

Nie robił tego często. Duża w tym zasługa Joli, która obawiając się kolejnych wybuchów małżonka unikała sytuacji konfliktowych. Spełniała wszelkie jego prośby, zarówno te wypowiedziane na trzeźwo jak i ledwo zrozumiałe w pijackim bełkocie. Wierzyła mocno, że Marek kiedyś zmądrzeje, będzie ją traktował jak na początku ich wyjątkowej miłości. Wierzyła, że jej marzenia się ziszczą.

O skrywanej głęboko tajemnicy nie wiedział nikt na świecie, nawet własna matka. Nie miałaby odwagi nikomu powiedzieć choćby słowa. Nikt nawet nie mógł nic niepokojącego zauważyć. Nic poza brakiem radości z życia i nieustannie smutnym spojrzeniem.

Czasem pytana przez nielicznych znajomych o powody zobojętnienia i smutku znajdowała coraz to nowe powody, coraz to bardziej wymyślne. Jej ciało nie dawało żadnego namacalnego dowodu tragedii, jaka rozgrywała się z większą niż dotychczas częstotliwością, za zamkniętymi drzwiami. Marek potrafił bić tak, by nie zostawiać śladów.

Pewnego grudniowego, mroźnego wieczora, Marek wrócił do domu w wyjątkowo złym stanie. I wyjątkowo, bardziej niż zwykle, puściły mu nerwy. Regularne gwałty, choć bolesne, znosiła dzielnie. Nigdy jednak wcześniej nie uderzył jej tak mocno i celnie, by spowodować krwotok z nosa. 20 minut później, gdy jej ukochany chrapał odwrócony głową do ściany, przerażona wyszła po cichu z mieszkania i zadzwoniła na pogotowie.

Zespół przybyły na miejsce zatamował krwawienie i zbadał Jolę. Chcieli wezwać policję i zabrać ją do szpitala. Nie wyraziła zgody, obawiając się wyjścia jej sekretu na światło dzienne. Bojąc się Marka i tego, co będzie dalej. Przecież ona nie potrafi bez niego żyć, on jest jej całym życiem.

Usłyszała na odchodne jeszcze od ratowników, że nie jest jedyną kobietą, którą coś takiego spotyka i powinna zdarzenie koniecznie zgłosić na policję kończąc definitywnie swą męczarnię. Dodali, że jeśli mąż raz ją uderzył, dalej to robi, to nie przestanie nigdy. Nie wierzyła w ich słowa, przecież to jej pierwsza i jedyna miłość życia. Jej Marek.

*******

8 marca ok. godziny 22 po zabiegu operacyjnym w trybie nagłym, na oddział intensywnej opieki medycznej została zwieziona młoda, 31 letnia kobieta. Zaintubowana, podłączona do respiratora, z zabandażowaną prawie całą twarzą i głową. Spod materiału, którym było przykryte jej ciało, wystawały dwie poranione ręce, każda z założonym wenflonem i podpiętą kroplówką. Pacjentka miała posiniaczoną klatkę piersiową w okolicy szyi i obojczyków.

Z dokumentacji szpitalnego oddziału ratunkowego i karty zespołu ratownictwa medycznego, który pacjentkę przywiózł do SOR wynikało, że została znaleziona leżąca na podłodze bez kontaktu przez policjantów interweniujących do rodzinnej kłótni. To oni wezwali karetkę oraz dokonali zatrzymania 35-letniego Marka, męża pacjentki, sprawcy pobicia.

Kobieta została przewieziona na SOR przez ratowników nieprzytomna, z poważnymi obrażeniami twarzy, złamaniem żeber i ogólnymi potłuczeniami całego ciała. Badania obrazowe w SOR wykazały m.in. wieloodłamowe złamania kości jarzmowych twarzy oraz narastający krwiak wewnątrzczaszkowy. W trybie natychmiastowym została przewieziona na zabieg do leżącego dwa piętra nad SORem bloku operacyjnego.

Jolka na Dzień Kobiet dostała więcej niż na co dzień.

zdjęcie: pixabay.com



Wyświetlenia: 3 577

Podoba Ci się na Ratowniczym? Zapisz się!

Wyślę Ci bezpłatne zestawienie ponad 200 skrótów wykorzystywanych w ratownictwie i medycynie, które otrzymasz po kilku minutach. Dodatkowo dzięki rejestracji otrzymasz dostęp do zamkniętej grupy na FB dla pasjonatów ratownictwa a dwa razy w miesiącu informację o nowych wpisach na blogu. Zero spamu, Twojego adresu nie udostępnię nikomu!





To nie koniec! Przeczytaj najnowsze wpisy: