Ratownicy medyczni – sekundy, których nigdy nie zapomną

14 lipca 2017, Ratownictwo oraz Sytuacje, 2 komentarze

Są dni, o których zapominają jeszcze przed zachodem słońca. Przytrafiają się ciągi godzin, rozpoczynające się jednego dnia a kończące o świcie następnego. Albo dwa dni później. Nic w tym nadzwyczajnego, po trzech lub więcej latach w takim trybie życia.

Bywają smutki, rzadko radości. Dziesiątki godzin miesięcznie spędzonych bezowocnie na powtarzaniu tych samych porad, zaleceń, próśb. Co godzinę, dwie, nowa twarz tak samo zagubionego lub zrezygnowanego człowieka jak poprzedni. Niemalże codzienne zarzuty. Słyszane już wielokrotnie wcześniej epitety w swoim kierunku. Od święta padające słowo „dziękuję”.

Nie dni, nie godziny, ani nie minuty. Ułamki chwili. Uderzenie pioruna. Trzaśnięcie nadepniętej w lesie gałązki. Nagły błysk przebudzenia. Dźwięk tłuczonego szkła. Wrzask zrozpaczonego człowieka.

Są sekundy, których nie zapomną nigdy.

*******

Ciąża druga, krwawienie z dróg rodnych.

Kierunkowskaz, skręt w prawo. Sygnały świetlne, po chwili ryk syren budzący osiedle do życia. Sześć minut później zarzucił plecak na ramię, torby chwycił w ręce. Winda, przycisk piątego piętra, później w lewo, koło zsypu. Drzwi otworzył mąż, tak się przedstawił. Wąskim korytarzem przeprowadził do małżonki.

Mieszkanie wyglądało typowo w tej dzielnicy. Blok z wielkiej płyty. W całym lokalu dywany pamiętające koniec ubiegłego stulecia, w przedpokoju boazeria. Ubogo, bez zbędnego przepychu ale i zadbanie. Na wersalce siedziała kobieta w wieku około 30 lat.

Pacjentka przez łzy zaczęła referować historię. O ciąży, której się nie spodziewała. O problemach z pracą. O tym, że w życiu nie wychodzi tak jak chciała. I że ta ciąża, że jak już się dowiedziała, to się ucieszyła. Bo dwa lata temu poroniła i przeżyła to okrutnie. A dzisiaj?

A do dzisiaj wszystko było w porządku. To już 14 tydzień. Do lekarza chodziła. Mówił, że komplikacji nie ma. Obudziła się nad ranem, jak codziennie poszła za potrzebą. I nagle to dziwne uczucie na toalecie. Ogarnął ją niepokój. Przez rozchylone nogi zobaczyła krew…

Karta ciąży? Gdzieś jest, nie mogli znaleźć. Pomiar ciśnienia krwi i innych parametrów życiowych. Badanie fizykalne. Decyzja o przewiezieniu do szpitala. Jeszcze tylko rzut oka do łazienki. Łazienka jak łazienka. Niezabudowana wanna, na ścianach pożółkłe płytki. Pewnie kiedyś były białe. Deska sedesowa. Powinna być biała. Jest czerwono-biała. Spojrzał do wnętrza.

Niedowierzanie oczom. Myśli z prędkością bolidu Formuły 1 przebiegły mu przez głowę, próbując trafić do odpowiedniej szufladki z szacunkowymi wymiary płodu. Coś się nie zgadza. Spojrzał ponownie. Na pewno się nie zgadza. Takiego widoku się nie spodziewał. Takiego widoku nie chciałby widzieć nigdy więcej. Późniejsze informacje od koleżanki ze szpitala potwierdziły wcześniejsze wątpliwości.

W toalecie dryfowały zwłoki nie 14-tygodniowego, a co najmniej 28-tygodniowego dziecka…

*******

Wypadek motocyklisty, nic więcej nie wiadomo.

Niemalże centrum miasta. Trasa pozwalała rozwinąć niemałą prędkość. W szczególności kierowcom jednośladów. Kierowca-ratownik wbił jedynkę i z piskiem opon uniósł niemalże karetkę do startu. Miks sygnałów przeciął najbliższe skrzyżowanie, doprowadzając prawie do zderzenia dwóch osobówek. Minuta różnicy w dotarciu do pacjenta potrafi przesądzić sprawę. Dobrze o tym wiedział, mając za sobą ćwierć wieku na „wyjazdówce”.

Widok „przedniej szyby” na sekundę przed zatrzymaniem ambulansu nie napawał ich optymizmem. Wokół niewielka grupka ludzi. On leżał przy ulicznej lampie, częściowo na krawężniku. Nie ruszał się. Na głowie kask. Przez rozdarte jeansy wystawał twór, który powinien być schowany pod mięśniem czworogłowym uda. Motocykl minęli kilkadziesiąt metrów wcześniej jadąc pod prąd, by nie przepychać się pomiędzy kierowcami nieumiejętnie ustępującymi z drogi.

Wypadli z karetki. Wyrwał plecak reanimacyjny i defibrylator. Wiedział, że partner z drugiej strony pojazdu już wyciąga niezbędny sprzęt do zabezpieczenia urazowego. Podejście do poszkodowanego. Ściągnięcie kasku. Stabilizacja głowy. Ocena funkcji życiowych. Nie, to oddech agonalny. Działamy. Pierwsze uciski klatki piersiowej. Nawet u młodych nierzadko powodują złamania żeber, czasami i mostka. W przypadku tego dwudziestokilkulatka wszystko, co miało w trakcie ich działań zostać złamane, złamało się przed ich przyjazdem.

Ręce jednak wiedzą co robić. Bez słów, zanim głowa pomyśli. Za wszelką cenę. Linia prosta na defibrylatorze. Kolejne uciski. Krwawi! Dawaj opatrunek. Byle szybko i mocno! Nie daje się zaintubować. Dalej asystolia. Rurka krtaniowa. Dobrze, działa, oddychamy za niego. Za plecami słyszalne kolejne sygnały. Dojeżdżał drugi zespół, za nim policja. Nie przerywamy! Pełne badanie urazowe. Głowa cała. Klatka piersiowa nie. Brzuch miękki, przynajmniej jeszcze. Miednica rozsypuje się w dłoniach. Otwarte złamanie uda. Wielomiejscowe złamanie drugiej nogi.

Pół godziny później decyzja o zaprzestaniu działań. Zrobili, co w ich mocy. Próbowali oszukać przeznaczenie i zakłamać statystyki przeżywalności w urazowym zatrzymaniu krążenia. Słupki jednak pozostały nieubłagane.

On pozostał na jezdni po ich odjeździe. Roztrzaskany, wykrwawiony na zewnątrz i do środka. Na wysokości tego słupa, który może gdyby stał ze 21 centymetrów dalej, to może…

*******

Nieprzytomny, chyba nie oddycha. Wiek: 3 lata.

Przeraźliwy dźwięk wyrwał go ze snu. Niczym automat na taśmie produkcyjnej w ułamku sekundy stał w butach, kiedy głos dyspozytora jeszcze nie skończył wypływać z głośnika. Sprint do karetki. Kierowca wystrzelił z parkingu jak błyskawica. Szacowany czas dojazdu przy pustych nocą ulicach był i tak za długi. No chyba, że rodzice podjęli działanie. Oby.

Kiedy ratownik siedzący za sterami doprowadzał co chwila ambulans do stanu nieważkości, on działał już w przedziale medycznym. Musiał mieć wszystko gotowe, by zadziałać jak najszybciej po dotarciu na miejsce. Zerwany ze ściany defibrylator już na podłodze. Plecak reanimacyjny obok. Ssak elektryczny. Działa? Działa. Torba pediatryczna, jeszcze torba! Dobra, wszystko przygotowane. „Jak daleko jeszcze?” – krzyknął do kumpla. „Połowa drogi” – usłyszał odpowiedź przebijającą się przez ryk sygnałów.

Jest czas. Jeszcze zdąży potwierdzić w głowie najistotniejsze parametry, dawki leków i rozmiary sprzętu dla tego młodego człowieka. Ma czas, spokojnie. Tylko czy to dziecko ma jeszcze czas? „Kurwa, dlaczego trafiło na mnie, ten dzieciak jest niewiele młodszy od mojego syna” – ta myśl, zapętlona w głowie przez niekończące się minuty dojazdu, nie dawała mu spokoju. Zaparkowali.

Szybkie otwarcie bocznych drzwi karetki. On już z plecakiem reanimacyjnym na plecach. Pozostały sprzęt też wrzucił na siebie. Byle szybciej. Bieg za zalaną łzami kobietą, która poprowadziła ich do nowoczesnego domu, jednego z kilkunastu w zabudowie szeregowej. Dalej, szybko, do celu. Jest!

Leżał na podłodze. Cały blado-siny. Przezroczysty, jak te firanki w oknach jego pokoju tyle, że bez kolorowych motylków. Nad nim pochylony ojciec. Rytmicznie uciskał jedną ręką wątłą klatkę piersiową. Obok malca na podłodze telefon i wypływający głos dyspozytora. Pytał, czy zespół już na miejscu. „Jesteśmy, dziecko zatrzymane, przyślij drugi zespół!” – padło z ust ratownika. Lata praktyki. Sprawdził funkcje życiowe dla formalności. Wiedział jednak już po pierwszym spojrzeniu, że dziecko jest w stanie krytycznym.

Co się stało? Kiedy go znaleźliście? O której położyliście spać? Choruje na coś? Jak długo pan reanimował? Grad pytań, wyrzucanych symultanicznie w trakcie sprawnych działań rąk, zasypał zrospaczonych rodziców. Dzieciak do tej pory był zdrowy, czasami łapały go przeziębienia. Na nic się nie skarżył. Radosny malec. Ciekawy świata. Położyli jak zawsze. Przed snem jeszcze sprawdzili, czy wszystko w porządku. Ona obudziła się nad ranem, poszła do synka. Jego obudził przeraźliwy wrzask żony. Zadzwonili od razu. Dyspozytor kazał położyć na podłodze i ratować.

Kiedy wpadli do domu czuł, że może być za późno. Zawsze w takich momentach przeklinał boga i jego bezlitosne wyroki. Kiedy zobaczył niewinne ciało malucha, chłodne jak ta podłoga, na której leżał, wiedział już wszystko. Musieli zrobić swoje. Spróbować. Dać nadzieję rodzicom. Podjąć próbę niewykonalnego mając świadomość, że dziecko nie żyje od kilkuset minut. Od tysięcy sekund. Odegrać swoją rolę w procesie przejścia niewinnego, malutkiego człowieka do innego świata. Jeśli istnieje, w co kolejny raz w swoim ratowniczym życiu zwątpił.

Tyk, tyk, tyk. Sekundy, dziesiątki sekund.

Zegar w korytarzu niewzruszony dramatem nieprzerwanie odliczał czas. Ponad 120 minut. Ponad 7200 sekund, odkąd wypadł z karetki objuczony sprzętem ratującym życie. Lekarz z drugiego zespołu przez zaciśnięte gardło wydusił z trudem „kończymy”…

Przez kolejne długie minuty, a może dziesiątki minut, nikt nie odezwał się słowem. Pięciu dorosłych mężczyzn próbowało wstrzymać łzy. Nikomu się nie udało.

W pracy ratowników są sekundy, których nie zapomną nigdy.

zdjęcie: Marin Morales



Wyświetlenia: 5 162

To nie koniec! Sprawdź najnowsze wpisy:

Będę reanimować za jedzenie!

Ile jest warte ludzkie życie? Jak pokazują zagraniczne publikacje w internecie problem niskich zarobków dotyczy nie tylko naszego kraju. Jeden z użytkowników Facebooka, Justin Tindel, opublikował obszerny wpis dotyczący wynagrodzeń w branży ratowniczej w Hrabstwie Sumter na Florydzie. Zilustrował go …


Podoba Ci się na Ratowniczym?

Dzięki rejestracji otrzymasz informację na swojego maila o nowym wpisie od razu po publikacji. Dowiesz się również o rzeczach, których nie publikuję na Facebooku. Twojego adresu nie udostępnię nikomu!