Każdy lekarz ma swój cmentarz

22 grudnia 2014, Ochrona zdrowia oraz Ratownictwo, 10 komentarzy

To nie jest dobry tytuł. Sugeruje, że będzie dzisiaj o błędach lekarzy, które bardziej lub mniej bezpośrednio przyczyniły się do odejścia z tego świata człowieka. Do śmierci pacjenta. Do stracenia przez kogoś matki, ojca, brata lub siostry, babci. Może dziecka. To nie jest wpis dla medyków ale możesz i Ty przeczytać, może przekażesz go dalej.

Po pierwsze będzie dzisiaj nie tylko o lekarzach. Będzie o medykach. O różnych przedstawicielach personelu medycznego, w szczególności o tych, którzy mają bezpośredni kontakt z ludźmi chorymi, zwłaszcza w ciężkiej kondycji zdrowotnej.

Po drugie nie będzie o błędach. O nich trzeba mówić, ale może nie dzisiaj. One były, są i będą zawsze. Trzeba błędy minimalizować, walczyć o ich eliminację. I mieć przy okazji w świadomości, że gdyby nie miliony błędów przez całe stulecia, to nie mielibyśmy tego wszystkiego wokół co mamy.

Dzisiaj będzie o śmierci. Jeśli jesteś wrażliwy na tym punkcie, skończ czytać teraz. Będzie o śmierci oraz o pamięci. Czyż nie przypomniałeś sobie teraz lub w ostatnich tygodniach o czyjejś śmierci? Nie wierzę, że było inaczej.

Za kilka dni będziemy przeżywać teoretycznie okres wyjątkowy – Święta Bożego Narodzenia. Zasiądziemy z rodziną do stołu, będziemy się uśmiechać, rozmawiać, smakować przepysznych potraw. Nie wszystkim to jednak będzie dane. Mieliśmy kilka tygodni temu ten szczególny czas kiedy każdy Polak, w tym Ty, odwiedził przynajmniej jeden cmentarz. W zależności od rozległości rodziny, zwłaszcza tej zmarłej, może i pięć cmentarzy, rozsianych po różnych miastach Polski. Taka jest u nas tradycja i ten moment w roku, że każdy cmentarz po zmroku rozświetla nie kilkanaście a tysiące zniczy.

Magia, widok zapierający dech w piersiach.

I dobrze, że jest ten jeden dzień. Tych kilka dni „świątecznych”. Dobrze, że prosty człowiek może na chwilę wyskoczyć z wyścigu szczurów i pochylić się. Nad życiem i śmiercią, kawałem marmuru, wieńcem kupionym na stoisku 21 metrów przed cmentarzem. Nad przeszłością, godzinami spędzonymi w szpitalu z bliskim. Świadomością odchodzenia. Widokiem człowieka zanikającego z tygodnia na tydzień.

Ciągłym piskiem urządzenia monitorującego funkcje życiowe, które nie ma już co rejestrować…

Pamiętasz? Pamiętasz na pewno. Każdy z nas, stosunkowo normalnych ludzi, czujących, mających w sobie podstawowe emocje, pamięta.

Śmierć jest normalna. Jest naturalna. Jest nieodłącznym elementem życia. Śmierć nie musi boleć w XXI wieku. Pacjenta. Rodzinę będzie boleć zawsze. I nawet jeśli jest pogodzona z odchodzeniem, przez trwającą miesiące lub lata chorobę, zaboli. Zostanie pustka, brak jednego z tych elementów życia, bez których nie wyobrażali sobie egzystencji. Pamiętasz to?

Ja tak. Więcej niż Ty. I nie tylko 1 listopada każdego roku, nie tylko przy stole wigilijnym, lecz przez wszystkie miesiące. Rok w rok.

1.

Nigdy nie zapomnę 50-letniego mężczyzny przyjętego do szpitala, w którym rozpoczynałem pracę. Na wejściu nikt nie dawał mu szans na przeżycie, choćby jednego kwartału. Ogromne zmiany w organizmie spowodowane chorobą naczyń krwionośnych, kilka przebytych dużych operacji na jamie brzusznej, stopniowo amputowane kolejne części nóg, aż do ostatniej możliwej części – biodra.

Pamiętam jak dziś wyniszczonego człowieka, nie mogącego samodzielnie usiedzieć na wózku inwalidzkim, nie mającego już sił do walki, nie mającego szans na przeżycie, żadnych, dosłownie żadnych perspektyw.

I pamiętam jego rozpromienienie na twarzy za każdym razem, gdy przychodziła do niego w odwiedziny rodzina. Troskliwa, opiekuńcza, lepszej nie można by dla niego wymarzyć. Odszedłem z tamtej pracy po niespełna roku. On odszedł chwilę przede mną.

2.

Nigdy nie zapomnę młodego, około 30-letniego mężczyzny, wracającego z imprezy firmowej do domu. Jako dobry kumpel postanowił najpierw odstawić pod drzwi mieszkania swojego znajomego, gdyż ten auta prowadzić nie był w stanie. Pasażer siedzący obok kierowcy przebywał w objęciach Morfeusza, upojony i nieświadomy tego, co zaraz się wydarzy.

Okrutny los sprawił, że kierowca ciężarówki nadjeżdżającej z naprzeciwka również. Na krótką chwilę. Pewnie bardzo zmęczony. Jedyny nieśpiący i świadomy, dobry kumpel, stracił przytomność na zawsze. Mówiąc kolokwialnie „nie było co zbierać”, nie było ratunku dla kierowcy samochodu wbitego z uderzenia czołowego pod ciężarówkę. Dwóch z trzech mężczyzn biorących udział w zdarzeniu dotarło do domów, także sprawca-kierowca ciężarówki, który zasnął za kierownicą.

Trzeci dotarł do końca swoich dni. Za wcześnie. To był jeden z moich pierwszych dyżurów w zespole ratownictwa medycznego i pierwszy zgon w wyniku wypadku.

3.

Nigdy nie zapomnę mężczyzny w średnim wieku, pewnie po 50-tce. Czas praktyk, dawno temu, byłem czwartym w zespole. Zgłoszenie do pacjenta nieprzytomnego. Na miejscu rzeczywiście chory nieprzytomny, nagłe zatrzymanie krążenia. Natychmiast podjęta reanimacja, w trudnych warunkach domowych, zero wolnej przestrzeni na potrzebne czynności medyczne. Ze względu na niedużą odległość od szpitala, powracające co chwilę tętno i możliwe przyczyny zatrzymania akcji serca pada decyzja o przeniesieniu do karetki. W trakcie szalonej jazdy na sygnałach ponownie podjęta reanimacja.

Karetka pędzi, bezcenne dla życia minuty również. Izba przyjęć, reanimacja trwa dalej. W końcu przychodzi lekarz i patrząc w dokumentację pacjenta mówi: „znam tego pacjenta, to nasz stały bywalec, on nie rokuje, kończymy”.

Kończymy to, co izba przyjęć nawet nie zaczęła, a ja będę pamiętał do końca swoich dni. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. To była pierwsza reanimacja, przy której byłem.

*******

Nigdy nie zapomnę…wielu. Nigdy nie zapomnę dziesiątek dotychczasowych pacjentów, może niewielu, z pewnie tysięcy, którym przyszło mi udzielać pomocy. O wielu z tych ludzi przypominam sobie sporadycznie. Część z nich powraca impulsami elektrycznymi mojego mózgu nierzadko, żeby nie napisać, często. Śmierć dziesiątek ludzi jest w głowie każdego medyka. Każdego ratownika medycznego, każdej pielęgniarki i lekarza.

Bo każdy z nas ma swój cmentarz. Każdy z nas ma przynajmniej kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu pacjentów, którym chciał pomóc za wszelką cenę. Wszelkimi możliwymi znanymi medycynie sposobami. Najwyższym sprężeniem mięśni, pracy mózgu, uderzeniami adrenaliny, trzeźwego myślenia. Wyostrzeniem wszelkich zmysłów, potem zalewającym plecy i dupę.

Pamiętamy o Was, Szanowni Pacjenci. Pamiętamy, nie tylko 1 listopada.

Wpis ten dedykuję wszystkim Medykom, którzy potrafią wciąż, pomimo upływu lat pracy, w zwykłym pacjencie dostrzegać człowieka.

zdjęcia wykorzystane we wpisie: Kerem Yucel, Mark Wagner



Wyświetlenia: 7 894

To nie koniec! Sprawdź najnowsze wpisy:


Podoba Ci się na Ratowniczym?

Dzięki rejestracji otrzymasz informację na swojego maila o nowym wpisie od razu po publikacji. Dowiesz się również o rzeczach, których nie publikuję na Facebooku. Twojego adresu nie udostępnię nikomu!