O sytuacji sprzed trzech dni pewnie większość z Was słyszała w mediach. Emocje po wydarzeniu powoli opadają, można więc na spokojnie przyjrzeć się znanym dzięki przekazom faktom z akcji ratunkowej. Ale od początku.
We wtorek, 13 lipca, w województwie pomorskim w miejscowości Korzybie – 23 km od Słupska doszło do czołowego zderzenia pociągów. Głupia sytuacja, gdyż jeden z nich prawdopodobnie nie miał zezwolenia dyżurnego ruchu na wjazd na odcinek jednotorowy. Pociągi spotkały się oczywiście na tym samym torze, 600 m od stacji kolejowej w miejscowości Korzybie.
Świadkowie relacjonujący zdarzenie podają, że rozległ się niesamowity huk w momencie zderzenia. Nic dziwnego, przy prędkości obydwu składów ok. 60 km/h. Oczywistym następstwem takiego zdarzenia była duża liczba osób rannych z różnorodnymi obrażeniami ciała. Szacunkowo pociągami podróżowało 100-160 osób, więc na pewno przynajmniej kilkadziesiąt z nich wymagało pomocy medycznej.
Pogotowie ratunkowe zostało powiadomione prawdopodobnie bardzo szybko po zderzeniu przez świadków wypadku, którzy od razu rozpoczęli udzielanie pierwszej pomocy. Szczęście w nieszczęściu, że w jednym ze składów jechał lekarz ze Słupska. Kamil Winnik choć sam ranny, rozpoczął kierowanie akcją ratunkową i wstępną segregację rannych.
Byłem jedynym lekarzem w pociągu. Musiałem poselekcjonować ciężko i lżej rannych.
Lekarz opowiada, że najgorszy był stan młodego chłopaka zakleszczonego w wagonie.
- Nikt nie miał otwartego złamania – mówi Winnik. – Ale miałem podejrzenie urazu kręgosłupa u kierowniczki jednego składu. Nie mogła się ruszyć. Miała poważną ranę głowy. Inny pracownik kolei miał liczne rozcięcia skóry i coraz gorzej się czuł. Wiele osób miało rany cięte. Krwawili.
Z informacji w mediach wynika, że w zderzeniu pociągów ucierpiało kilkadziesiąt osób – ok. 45, w tym kilka znalazło się w ciężkim stanie. Na szczęście wszyscy poszkodowani przeżyli, ofiar śmiertelnych 0. Jest to oczywiście dobra informacja, natomiast od razu po przeczytaniu doniesień nasunęły mi się pewne pytania związane z przeprowadzoną akcją ratunkową w katastrofie kolejowej.
Pierwsze dwa zespoły ratownictwa medycznego dotarły do rannych po ok. 15-20 min. od zdarzenia. Nie doszukałem się informacji w internecie o miejscu stacjonowania karetek w tamtej okolicy ale znając realia, ten czas był całkiem niezły. Z najbliższych większych miejscowości do Korzybia wg. Google Maps jest ok 20 km.
Dziwi mnie natomiast fakt, że kolejne karetki przyjechały na miejsce tego wypadku masowego dopiero po godzinie od wystąpienia zderzenia. Czy rzeczywiście potrzeba było godziny na dojazd karetek od momentu zadysponowania przez dyspozytora?
A może nie potrzeba było godziny? Być może kolejne zespoły zostały dopiero wezwane przez ratowników z pierwszych dwóch karetek kiedy wiedzieli, że liczba rannych znacznie przewyższa dostępne siły i środki? W takiej sytuacji byłby to błąd decyzyjny osoby przyjmującej zgłoszenie gdyż wiadomym było, że w zderzeniu pociągów będzie wielu rannych.
Dlaczego na miejscu wypadku nie pojawił się śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego? Zdarzenie zdecydowanie spełniało warunki konieczne do wezwania zespołu HEMS i znajdowało się w zasięgu operacyjnym sezonowej bazy w Koszalinie. Tłumaczeniem powyższego może być jedynie brak dostępności w danym momencie śmigłowca ratowniczego.
I jeszcze jedna rzecz, która wciąż mnie dziwi i nie mogę jej pojąć. Widać ją przez chwilę na poniższym filmie, pod jego koniec. Myślę, że wiecie co mam na myśli?
A może ktoś z Was brał udział w akcji ratunkowej po zderzeniu czołowym pociągów pod Słupskiem i jest w stanie wyjaśnić powyższe wątpliwości? Jeśli tak, to zapraszam do dzielenia się doświadczeniami w komentarzach pod wpisem.








Czy chodzi Ci o karetke wojskowa?
A co do innych karetek to mogly jechac z dalszych miejscowosci.
Jak zobacze sie z kolega to zapytam czy ze Szczecina WSPR zadysponowal tez swoje.
Rozumiem, że chodzi o poszkodowanego z kołnierzem, który o własnych siłach wsiada do ambulansu, kiedy bez przypięcia go do deski pasami i klockami sam kołnierz nie chroni kręgosłupa we wszystkich płaszczyznach możliwego ruchu. No fakt trochę rzuca się w oczy, ale laik raczej tego nawet nie zauważy.
Dokładnie tak, jak napisałeś bobi. To prawda, że laik nie zauważy natomiast wszyscy dobrze wiemy, że takie zabezpieczenie w żaden sposób nie chroni odcinka szyjnego kręgosłupa, a niestety działanie takie wciąż jest powszechnie stosowane :(.
Jak będziesz Mike coś wiedział to napisz proszę, chętnie się dowiem coś więcej o tym zdarzeniu.
chciałbym się wypowiedzieć co do zabezpieczenia tego poszkodowanego.Ja uważam podobnie jak bobi1326 ale patrząc z drugiej strony nas tam nie było my z tym poszkodowanym nie rozmawialiśmy nie badaliśmy, oni(ratownicy)tam byli więc widocznie stwierdzili że nie ma potrzeby aż takiego zabezpieczenia poszkodowanego.Zasady zasadami ale praktyka praktyką
Zgadzam się Michu, że nie byliśmy tam, ale. Albo zabezpieczamy człowieka jak pacjenta urazowego albo nie.
Wiem, że nie ma dla nas w Polsce ścisłych schematów postępowania (które miały być określone w drodze rozporządzenia) lecz bazując na zaleceniach np. ITLS założenie samego kołnierza to błąd.